Gorące tematy: Ryszard Opara: „AMEN” Dyżury administratorów RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
184 posty 938 komentarzy

Proces Wojciecha Sumlińskiego. Rozprawa w dniu 18.11.2011.

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

To wydarzyło się zaledwie trzy dni temu, tydzień po Marszu Niepodległości.

Kolejna rozprawa procesu, w którym, na podstawie art.230 par.1 kodeksu karnego prokuratura oskarża dziennikarza śledczego Wojciecha Sumlińskiego oraz byłego pracownika kontrwywiadu PRL, Aleksandra L. o rzekomą płatną protekcję podczas procesu weryfikacji żołnierzy WSI, odbyła się w dn. 18.11.2011 w Sądzie Rejonowym dla Warszawa Wola.

Art. 230 par. 1 kk. ma następujące brzmienie:

Kto, powołując się na wpływy w instytucji państwowej, samorządowej, organizacji międzynarodowej albo krajowej lub w zagranicznej jednostce organizacyjnej dysponującej środkami publicznymi albo wywołując przekonanie innej osoby lub utwierdzając ją w przekonaniu o istnieniu takich wpływów, podejmuje się pośrednictwa w załatwieniu sprawy w zamian za korzyść majątkową lub osobistą albo jej obietnicę, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.

Nie będę w tej relacji ze szczegółami opisywał, jak to się stało, że prokuratura oskarżyła dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego, ponieważ sprawa jest powszechnie znana. Dla tych jednak, którzy chcieliby sobie przypomnieć przebieg i tło wydarzeń, polecam wypowiedź Pana Sumlińskiego dla fronda.pl (1), odsłuchanie audycji radia WNET z dn. 02.11.2011 r. (2), czy też informację z portalu polskiego radia (3). W skrócie to, o co chodzi w tym procesie, można ująć tak:

"(...) Wojciech Sumliński i płk. Aleksander L. są oskarżeni o powoływanie się na wpływy w komisji weryfikacyjnej ds. Wojskowych Służb Informacyjnych i podjęcie pośrednictwa w załatwieniu pozytywnej weryfikacji oficera byłych Wojskowych Służb Informacyjnych, płk. Leszka T., w zamian za 200 tys. łapówki. Sumliński zapewnia, że jest niewinny. Twierdzi, że sprawa jest wynikiem zemsty specsłużb, które chciały go skompromitować, ale przede wszystkim rzucić cień podejrzenia na kierowaną przez Antoniego Macierewicza komisję weryfikacyjną.

Sumliński przekonuje, że na sali sądowej ujawni informacje wskazujące, że padł ofiarą gry specsłużb. Prokuratura zapowiada zaś zaprezentowanie „bardzo mocnych dowodów” wskazujących na winę oskarżonych." (4)

Wróćmy jednak do rozprawy, która odbyła się w dniu 18.11.2011. r.

Na początku rozprawy Aleksander L. nie wyraził zgody na podawanie w relacjach z procesu jego danych osobowych. Pan Wojciech Sumliński natomiast złożył do akt sprawy kopię wyroku Sądu Okręgowego w Warszawie z dn. 08.12.2010 r. na okoliczność niewiarygodności Aleksandra L., która to kwestia wydaje się być jedną z kluczowych podczas toczącego się procesu.

Oskarżony dziennikarz poruszył następnie sprawę sprzedaży mieszkania przez Aleksandra L. w 2008 r., zadając o tę sprawę pytanie współoskarżonemu Aleksandrowi L., co spowodowało ożywioną wymianę zdań pomiędzy sędzią, prokuratorem, dziennikarzem a adwokatem współoskarżonego w tym procesie byłego wysokiego oficera kontrwywiadu PRL. Pan Wojciech Sumliński uważa bowiem, że Aleksander L. sprzedał swoje mieszkanie, aby "przygotować się na trudne czasy". Jego zdaniem, w tamtym czasie Aleksander L. już doskonale sobie zdawał sprawę, co zrobił i w czym brał udział, dlatego podjął właśnie takie, a nie inne kroki. Obrońca Aleksandra L. najpierw sugerował, aby uchylić pytanie, w czym sekundował mu prokurator twierdząc, że takie pytanie nie ma związku ze sprawą, ale w końcu Aleksander L. zdecydował się na nie odpowiedzieć. Zarzucił on dziennikarzowi kłamstwo, bowiem nie sprzedał swojego mieszkania przed aresztowaniem 10 lipca 2008 r., tylko dopiero w czerwcu lub lipcu 2009 r. i jego zdaniem nie miało nic wspólnego z "przygotowywaniem się na trudne czasy". Aleksander L. twierdzi również, że o tym, że ABW interesuje się jego osobą, dowiedział się w końcu 2007 r. właśnie od Wojciecha Sumlińskiego (czemu dziennikarz zdecydowanie zaprzecza), a podczas zatrzymania przez ABW w maju 2008 r. nie wiedział, jaki jest powód tego zatrzymania, czyli że chodzi o art. 230 kk.

Wobec tych swierdzeń współoskarżonego, Pan Wojciech Sumliński zadał mu pytanie, kiedy spotykał się on z dziennikarzem Przemysławem Wojciechowskim i czego te rozmowy dotyczyły oraz o ustosunkowanie się do swoich poprzednich wypowiedzi podczas procesu na temat tych spotkań. Aleksander L. odmówił odpowiedzi na te pytania, zasłaniając się tajemnicą dziennikarską oraz ogólnie stwierdził, że nie mają znaczenia w toczącej się rozprawie. oraz dodał, że to na prośbę Wojciecha Sumlińśkiego spotykał się z Przemysławem Wojciechowskim.

Pan Wojciech Sumliński zapytał, czy w takim razie Aleksander L. kłamał wtedy, czy też kłamie teraz, co spotkało z jego gwałtowną reakcją, że on "nie kłamie nigdy". Moim zdaniem, jest to bardzo ciekawe stwierdzenie, jak na byłego oficera kontrwywiadu PRL...

Wobec takiego postawienia sprawy, dziennikarz poprosił sędziego o pozwolenie na wygłoszenie oświadczenia. Przypomniał w nim, że na poprzedniej rozprawie Aleksander L. przyznał się do tego, że o fakcie nagrania go podczas składania propozycji korupcyjnej przez płk. Leszka Tobiasza (którą właśnie jemu składał), wiedział już około pół roku przed zatrzymaniem, o czym powiedział "żartem" dziennikarzowi Przemysławowi Wojciechowskiemu. Na tej samej rozprawie, gdy się zreflektował, jaka jest waga tych słów, oburzył się, że Przemysław Wojciechowski nie zachował tajemnicy dziennikarskiej, bo to "jednak wyszło". Wojciech Sumliński zwrócił również uwagę, że po kilku tygodniach od tamtej rozprawy, Aleksander L. przedstawia kolejną wersję spotkania z dziennikarzem Wojciechowskim, twierdząc, że spotkał się z nim na prośbę właśnie jego, czyli Wojciecha Sumlińskiego, o czym jednak wcześniej nie powiedział ani słowa.

Oskarżony dziennikarz powiedział również, że Aleksander L. już na wiele miesięcy przed zatrzymaniem widział, że jego przestępstwo zostało udokumentowane, a jego przyznanie się do tego faktu spowodowało gwałtowną reakcję prokuratury (najprawdopodobniej chodzi o jedną z poprzednich rozpraw).

Te słowa wzbudziły protest u oskarżonego Aleksandra L., który powiedział, że wiedzę o tym, że interesuje się nim ABW miał właśnie od Wojciecha Sumlińskiego, a z Przemyslawem Wojciechowskim faktycznie spotykał się już potem bez wiedzy Sumlińskiego, choć zapoznał się z nim właśnie na jego prośbę.

Wojciech Sumliński kontynuując swoje oświadczenie, powrócił do sprawy sprzedaży mieszkania przez Aleksandra L. Odnosząc się do zarzucenia mu kłamstwa w tej sprawie na początku dzisiejszej rozprawy powiedział, że aby mieszkanie, którym dysponował oskarżony Aleksander L., mogło być sprzedane, musiało być najpierw wykupione od Wojskowej Agencji Mieszkaniowej, do czego doszło właśnie w początkach 2008 r. Zdaniem dziennikarza, to wykupienie było przygotowywaniem się do jego sprzedaży, wobec zbliżających się "trudnych czasów" dla byłego oficera kontrwywiadu PRL.

Następnie dziennikarz zadał pytanie, czym Aleksander L. zajmował się podczas swojej pracy jako doradca prezesa Agencji Mienia Wojskowego oraz czy wśród tych obowiązków znajdowała się również codzienna lektura najważniejszych tytułów prasowych w Polsce. Dziennikarz zmierzał to wykazania, że już w listopadzie 2007 r. Aleksander L. musiał mieć wiedzę, że prokuratora rozpoczęła śledztwo w sprawie proponowania pewnemu biznesmenowi (w domyśle związanemu z WSI - przypis autora) pozytywnej weryfikacji za określoną kwotę pieniędzy przed Komisją Weryfikacyjną WSI, ponieważ informowało o tym wiele gazet.

Aleksander L. odnosząc się do tych słów Wojciecha Sumlińskiego potwierdził, że rzeczywiście robił "prasówkę" dla prezesa AMW, ale po to, aby wyłapywać artykuły na temat działania tejże instytucji i informować o ich treści prezesa.

Wojciech Sumliński w dalszym ciągu swojego oświadczenia stwierdził, że Aleksander L. na kilka sposobów przyznał się, że już na pół roku przed zatrzymaniem wiedział, że został nagrany przez swojego kolegę, płk. Leszka Tobiasza. Jednoczesnie wiedząc, chociażby dzięki prasie, że prokuratura prowadzi śledztwo w sprawie weryfikacji przed komisją ds WSI za pieniądze, musiał zdawać sobie sprawę z wagi tej sprawy oraz z tego, że dotyczy ona właśnie jego, ponieważ wiedział o dwóch faktach:

1. Że prowadził rozmowy korupcyjne z płk. Leszkiem Tobiaszem

2. Że na temat tego typu rozmów prokuratura wszczęła śledztwo.

Miał więc wiedzę o sprawie nie od niego, jak twierdzi, tylko wynikała ona z jego własnego uczynku oraz z doniesień medialnych, których nie sposób był nie zauważyć robiąc codzienną "prasówkę" dla prezesa AMW. Zdaniem Wojciecha Sumlińskiego, Aleksander L. mógł się dowiedzieć o fakcie zarejestrowania rozmowy z propozycją korupcyjną  właśnie od płk.Leszka Tobiasza, który tę rozmowę nagrał. Zdaniem dziennikarza, Aleksander L. wiedział już o tym fakcie na przełomie 2007/2008 roku i mając tę wiedzę, a jednocześnie będąc szantażowanym, współpracował z płk.Tobiaszem dla założonego celu, jak również aby zyskać nieco czasu dla siebie.

Celem tym, wg Wojciecha Sumlińskiego, było doprowadzenie do skompromitowania działań Komisji Weryfikacyjnej WSI oraz, niejako przy okazji, pogrążenie jego osoby.

Po 10-minutowej przerwie w rozprawie, Wojciech Sumlińśki kontynuował swoje oświadczenie. Dziennikarz stwierdził, że aby opowiedzieć wszystko, co wie o sprawie, musiałby złamać tajemnicę dziennikarską oraz ujawnić całą grupę swoich informatorów. Jego zdaniem, wiązałoby się to ze złamaniem zasad pracy dziennikarskiej i doprowadziłoby to do utraty jego wiarygodności, co jest podstawą w jego zawodzie. Dziennikarz powiedział również, że znajduje się w bardzo trudnej sytuacji, ponieważ z jednej strony jest oskarżonym, a z drugiej nie może sięgnąć po cały arsenał środków, które mógłby wykorzystać do swojej obrony.

Celem uzmysłowienia sądowi wagi zasad pracy dziennikarskiej, Wojciech Sumliński przywołał dwa przykłady: jeden, kiedy wszedł w posiadanie tajnych akt "Masy", najbardziej znanego świadka koronnego w Polsce oraz byłego gangstera z tzw. "Pruszkowa", co groziło mu wyrokiem skazującym za posiadanie tajnych materiałów, oraz drugi, kiedy to na jego dyżur dziennikarski w gazecie zgłosił się poszukiwany o podwójne zabójstwo przestępca, Sylwester Latkowski, obecnie znany dziennikarz, który po dokonaniu "spowiedzi życia", wraz z dziennikarzem udał się na policję i oddał się w jej ręce. "Ochrona informatora jest najważniejszą rzeczą w tym zawodzie" - powiedział dziennikarz, opowiadając o tych dwóch przypadkach.

Kontynuując składanie wyjaśnień, Wojciech Sumliński starał się podkreślić kontrast, jaki występował pomiędzy jego postępowaniem, czy też postawą, a działaniami Aleksandra L. w okresie, kiedy ten już wiedział, że zbliżają się dla niego "trudne czasy". Dziennikarz stwierdził również, że w jego rozmowach z Aleksandrem L. nigdy nie było mowy o pieniądzach, rozmawiali tylko o informacjach. Dzięki temu byłemu oficerowi kontrwywiadu PRL poznał wielu ludzi, którzy zostali jego informatorami, jak również wiele osób, które takimi informatorami mogły zostać w przyszłości, jak chociażby Małgorzatę Wierchowicz z Komendy Głównej Policji pracującą nad sprawą zabójstwa gen.Papały, Mirosława Gawora, byłego szefa BOR, czy też Mariana Cypla, byłego dyplomatę pracującego m.in. w Wiedniu.

Dziennikarz przyznał, że miał świadomość możliwości wykorzystywania go przez Aleksandra L. do jakichś nieznanych sobie celów, ale kierował się w swojej pracy jednym kryterium: jeśli informacje uzyskiwane od Aleksandra L. czy też innych, poznanych dzięki niemu osób, były prawdziwe i dawały się zweryfikować, nie widział przeszkód, aby z nich nie skorzystać czy też wykorzystać je w swoich publikacjach. Uważał bowiem, że dotarcie do prawdziwych motywów przekazywania mu tego typu informacji i tak nie było możliwe. Dodał jeszcze, że dzięki niemu Aleksander L. również poznawał pewne osoby, a potem te kontakty żyły już własnym życiem. Dziennikarz podał również przykład byłego ministra sprawiedliwości, Stanisława Iwanickiego, którego poznał z Aleksandrem L.; przywołał ten przykład na okoliczność wiarygodności Aleksandra L., który potem opowiadał "na kilka sposobów", jak to się zapoznał z tym byłym ministrem sprawiedliwości.

Wojciech Sumliński skomentował tę sprawę następująco: "jeżeli się kłamie, to trzeba mieć dobrą pamięć"...

Zdaniem dziennikarza, od początku 2008 r., a nawet już wcześniej, Aleksander L. robił wszystko, aby być niego jak najbliżej, jak najczęściej się spotykać, rozmawiać. Po to między innymi służyły dawkowane dziennikarzowi informacje na temat śmierci ks.J.Popiełuszki, które miały powodować utrzymywanie się zainteresowania przez dziennikarza osobą Aleksandra L. Było to o tyle istotne, że dla Wojciecha Sumlińskiego sprawa niewyjaśnionej do końca śmierci ks. Jerzego była i jest jednym z priorytetów w jego pracy dziennikarskiej.

W tym samym okresie, na trzy miesiące przed aresztowaniem, Aleksander L. doprowadził do wytworzenia sytuacji, w której poprosił o pomoc dziennikarza w sprawie swojej ponoć bardzo ciężko chorej żony, na której leczenie wydał podobno już 300 tys zł. Za tę pomoc zaoferował dziennikarzowi pieniądze i był to pierwszy raz, kiedy w ogóle była między nimi jakakolwiek rozmowa o pieniądzach. Wojciech Sumliński powiedział, że na szczęście wszystko legalnie zarejestrował, opłacił należne podatki, a pieniądze koniec końców zwrócił, bo do pomocy żonie, na co tak wcześniej nalegał Aleksander L., nigdy nie doszło, ponieważ nagle... Aleksander L. stracił dla tej "pomocy" zainteresowanie, gdy się okazało, że dziennikarz nie akceptuje jakiegoś przyjmowania gotówki bez potwierdzenia lub podobnych działań.

Przedstawiając powyższe sytuacje, dziennikarz nawiązywał do "logiki zawartej w oskarżeniu prokuratury", pytając, czy logicznie rzecz biorąc, wiedząc o tym, że korupcyjna rozmowa pomiędzy Aleksandrem L. a płk.Leszkiem Tobiaszem została zarejestrowana przez tego ostatniego, nadal spotykałby się tak często z Aleksandrem L.? Czy starałby się mu pomóc za pieniądze w sprawie choroby jego żony? Jak to się ma do tego, że w relacjach pomiędzy nimi, ze strony dziennikarza, nic się nie zmieniło?

Dziennikarz przypomniał, że to właśnie jego Aleksander L. pomawia o to, że od niego uzyskał informację na temat zainteresowania ABW jego osobą. Jak to się ma do tego, że Aleksander L. w tym czasie przygotowywał się do sprzedaży swojego mieszkania, wykupując je najpierw od WAM, a ja zaciągałem kolejne kredyty, zabierając się za budowę domu? - pytał retorycznie dziennikarz. - Czy tak postępowałby ktoś, kto wiedziałby, że w jego sprawie jest prowadzone śledztwo i nad jego głową zbierają się czarne chmury? Czy narażałby swoją rodzinę na powstanie sytuacji, że mogą nie mieć wkrótce dachu nad głową?

Wojciech Sumliński, przywołując logikę, odnosił się " logiki prokuratury w akcie oskarżenia". Ponownie starał się wykazać sądowi kontrast pomiędzy jego zachowaniem, a postępowaniem Aleksandra L. w okresie, kiedy było już wiadomo, że prokuratura prowadzi jakąś sprawę dotyczącą korupcyjnych propozycji dotyczących weryfikacji, czyli końcem 2007 r., a momentem zatrzymania w maju 2008 r.

Dziennikarz potwierdził, że mimo rosnącej niechęci do spotkań z Aleksandrem L., nadal systematycznie się kontaktowali w tamtym czasie, ponieważ były oficer kontrwywiadu PRL zaczął mu wtedy przekazywać informacje dotyczące nieznanych wątków śmierci ks. Jerzego Popiełuszki, m.in. tzw. śladu rosyjskiego. Aleksander L. wiedział, że sprawa ta bardzo interesuje dziennikarza. Wiedział również, że prowadzi on zaawansowane rozmowy z TVP na temat dziesięcioodcinkowego cyklu na ten temat, co miało się stać "życiowym osiągnięciem" dla Wojciecha Sumlińskiego w niemal każdym aspekcie jego życia. Informacje te były o tyle istotne, że z innej strony potwierdzały niektóre wątki ze śledztwa, prowadzonego w tamtym czasie przez IPN, były ich cennym uzupełnieniem. Dziennikarz uważa, że te działania "informacyjne", zintensyfikowane w tamtym czasie przez Aleksandra L. wobec jego osoby, były celowe i miały na celu podtrzymywanie pomiędzy nimi jak najczęstszych spotkań.

Następnie Wojciech Sumliński przeszedł do sprawy ukazania się w końcu kwietnia 2008 w prasie ("Dzienniku" lub już wtedy "Dziennik Gazeta Prawna") artykułu Anny Marszałek oraz Mirosława Majewskiego o tym, że Aleksander L. zaoferował tej dwójce dziennikarzy dostęp do tzw. "Aneksu do raportu WSI".

Sprawdziłem; informacja ukazała się 27.04.2008 w dziennik.pl. Tej dwójce wymienionych wyżej redaktorów towarzyszył jeszcze Paweł Reszka. Dla ciekawych załączam link do artykułu (5), choć z chęcią przywołałbym go tutaj w całości, aby sami Państwo zobaczyli, jak ten artykuł się "prezentuje". Niestety, relacja z rozprawy zamieniłaby się już chyba wtedy w książkę.

Ponieważ w artykule było również wymienione nazwisko Leszka Pietrzaka, członka Komisji Weryfikacyjnej, będącego bliskim znajomym Wojciecha Sumlińskiego z powodu ich wspólnego zainteresowania prawdziwymi okolicznościami śmierci ks. Jerzego Popiełuszki, dziennikarz nabrał podejrzeń, co dzieje się coś dziwnego, co może mieć związek również z jego relacjami z Aleksandrem L. Na wszelki wypadek postanowił z nim zaprzestać kontaktu, choć Aleksander L. za wszelką cenę próbował się do niego dodzwonić.Wojciech Sumliński stwierdził, że to był właśnie ten moment, w którym nabrał podejrzeń, że mógł zostać wykorzystany przez Aleksandra L. do jakiejś rozgrywki. 

Dziennikarz wiedział, że nie uniknie spotkania ze swoim informatorem, ale chciał się przez kilka dni rozpoczynającego się właśnie tzw. długiego weekendu spokojnie zastanowić, o czym powinien z nim porozmawiać, co się tak naprawdę za tym wszystkim kryje.

W dalszej części swojego wystąpienia Wojciech Sumliński zaczął opisywać sądowi, jak to się stało, że on, katolik, konserwatysta, nawiązał  stosunkowo bliskie relacje z byłym wysokim oficerem tajnych służb PRL. Zwrócił uwagę, że do tych spotkań, szczególnie na początku ich znajomosci, dochodziło w środowiskach kościelnych.

Po kolejnej przerwie w rozprawie, tym razem 15-minutowej, Wojciech Sumliński rozpoczął dalszy ciąg swoich wyjaśnień od przywołania postaci płk. Leszka Tobiasza, który to oficer tajnych służb PRL miał się swego czasu zajmować inwigilacją kościoła katolickiego oraz niszczyć życie wielu osób, oskarżając je o popełnienie przestępstw, które nigdy nie miały miejsca. Jest to wieloletni kolega Aleksandra L, a jednocześnie mimo tego, że do niedawna był człowiekiem ściganym za jakieś przestępstwa przez prokuraturę garnizonową, to usiłował dostać się poprzez swoich znajomych do otoczenia biskupów Dydycza czy tez Głodzia, choćby przez Aleksandra L., który również ich znał.

Płk.Leszek Tobiasz jest również "związany" z innymi sprawami, o których ostatnio pisałem. Między innymi w czasie, kiedy Tomasz Turowski pracował w latach 90-tych w ambasadzie polskiej w Moskwie, płk.Leszek Tobiasz był tam zatrudniony, jak twierdzi "Gazeta Polska", jako attache wojskowy (6). Cóż za przedziwny zbieg okoliczności, prawda?

Zdaniem Wojciecha Sumlińskiego, płk.Leszek Tobiasz za wszelką ceną usiłował się również dostać do Antoniego Macierewicza i w wejść w krąg jego zaufanych osób - po to, aby z czasem skompromitować tak jego, jak i pracę Komisji Weryfikacyjnej WSI. Ostatecznie udało mu się nawet spotkać z Antonim Macierewiczem, a nawet nagrać z nim rozmowę, ale spotkał się z chłodnym przyjęciem ze strony szefa Komisji Weryfikacyjnej i nie osiągnął założonych przez siebie celów.

Udało mu się jednak zainteresować sprawą aneksu do raportu WSI marszałka Bronisława Komorowskiego, który przez kilka tygodni brał udział w tej "grze", jak to określił Wojciech Sumliński. Gra ta była miała nieoczekiwane, lub też oczekiwane skutki dla samego płk. Leszka Tobiasza, bowiem nagle ze ściganego stał się... pokrzywdzonym. Śledztwa przeciwko niemu zostały zawieszone przy pomocy paragrafów mówiących o... ukrywaniu się lub chorobie psychicznej. Dla zainteresowanych Czytelników, sprawa ta została opisana chociażby w artykule w "Rzeczypospolitej" z dn. 11.02.2009 r. (7).

Wojciech Sumliński następnie powrócił do sprawy relacji, jakie łączyły go ze współoskarżonym, Aleksandrem L. Cofnął się w swoich wspomnieniach do 1997 r., kiedy to poznał Aleksandra L., który miał mieć ponoć jakieś informacje na temat kontaktów prezydenta Kwaśniewskiego z rosyjskim szpiegiem, Ałganowem. Początkowo spotykał Aleksandra L. przede wszystkim na spotkaniach organizowanych przez księży i biskupów. Dziwiło go nieco, że pojawia się na nich również ten były wysoki oficer tajnych służb PRL, ale jeden z księży mu wyjaśnił, że ma on bardzo dobre kontakty w biurach podróży, które przydają się podczas organizowania pielgrzymek do Watykanu. Ponieważ potrafił być w tego typu sprawach bardzo pomocny, był więc dobrze ustosunkowany z księżmi z Podlasia, a nawet z tamtejszą kościelną hierarchią. Dziennikarzowi zasugerowano również, że relacje z Aleksandrem L. mogą mu się przydać w jego pracy dziennikarskiej. Następnie Wojciech Sumliński zaczął opowiadać o tym, jak ta relacja, do której początkowo nie przywiązywał niemal żadnej wagi, zaczęła się przeradzać w coś poważniejszego. Jednym z przyczynków do takiego rozwoju sytuacji była sprawa opisana przez dziennikarza Leszka Misiaka, dotycząca potrącenia przez samochód prowadzony przez ochroniarza Jana Kulczyka syna Bronisława Komorowskiego. To właśnie od tego dziennikarza usłyszał, że informację tę otrzymał on od Aleksandra L.

W tym momencie rozprawa, która trwała już ok.3 godziny, została zakończona na prośbę jednego z adwokatów, który miał na ten dzień zaplanowaną również inną sprawę. Sąd odczytał jeszcze postanowienie o uchyleniu środków zapobiegawczych w stosunku do obu oskarżonych, m.in.o zwrocie poręczenia finansowego, jak również o zwrocie paszportu Aleksandrowi L. oraz cofnięcie mu zakazu opuszczania kraju.

Następna rozprawa odbędzie się również w Sądzie Rejonowym dla Warszawa Wola, mieszczącym się przy ul.Kocjana 3 w dn. 6 grudnia 2011 r. o godz. 10:30, sala 24. (kolejna w dn. 9 grudnia 2011)

Pan Wojciech Sumliński podkreślił, że obecność niezależnych obserwatorów jest dla niego bardzo istotna.

Jeśli ktoś z Państwa ma nieco czasu i chce się dowiedzieć o sprawach, o których raczej nie usłyszy w "zaprzyjaźnionych", tętniących obiektywnością i rzetelnością mediach, to warto się tam pojawić.

 

Relację z przebiegu rozprawy opisano dzięki życzliwości jednego z jej obserwatorów i za jego zgodą.

Materiały źródłowe:

(1) http://www.fronda.pl/news/czytaj/tytul/sumlinski:_to_bedzie_wazny_proces_nie_tylko_dla_mnie_13663

(2) http://www.radiownet.pl/publikacje/proces-absurdu-wojciech-sumlinski#/publikacje/chca-ze-mnie-zrobic-przestepce

(3) http://www.polskieradio.pl/5/3/Artykul/192590,Podsluchiwany-dziennikarz-teraz-jest-oskarzony

(4) http://wsieci.rp.pl/opinie/rekiny-i-plotki/Prezydent-Komorowski-bedzie-zeznawal-

(5) http://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/74747,tak-handlowano-aneksem-macierewicza.html

(6) http://www.gazetapolska.pl/65-moskiewski-ekspert-sld

(7) http://www.rp.pl/artykul/261652.html?print=tak&p=0

KOMENTARZE

  • Solidaryzujemy się z Panem Sumlińskim
    zapiszmy datę do kalendarza: 6 grudnia hola!, no proszę... a to Mikolajki!
    Mikolaje do roboty!!

    Upadlanie jest na każdym kroku nawet w tak prozaicznej czynności jak ustalenie daty rozprawy.
  • @sowa13
    Dla Pana Sumlińskiego ta solidarność jest bardzo ważna, naprawdę przechodzi niełatwe chwile.

    Bardzo dziękuję za ten komentarz

    Pozdrawiam
  • WSI
    Ciekawa relacja, wydaje mi się,że Pan Sumliński za daleko poszedł z tą znajomością z Lichockim.Lichocki jeśli faktycznie coś wie na temat zabójstwa ks.Jerzego powinien to natychmiast ujawnić albo gdy ukrywa jakieś fakty z tej zbrodni powinien podlegać odpowiedzialności karnej.Skąd u Lichockiego takie dobre znajomości w środowisku kościelnym?Ciekawe czy w sprawie tej świadkiem jest Dukaczewski.Należy sprawdzić czy to on inspirował Lichockiego i Tobiasza do tej prowokacji wobec dziennikarza i przez niego wobec komisji weryfikacyjnej.Ponadto należy zwrócić uwagę na to jacy osobnicy dochodzą do wysokich stopni oficerskich w wojsku i zastanowić się nad tym czy społeczeństwo ma nadal na takich osobników płacić pieniądze na ich renty i tzw. emerytury.
  • @Płk Kufel
    Wojciech Sumliński starał się wytłumaczyć na rozprawie, jak to się stalo, że jego relacje z Aleksandrem L. były tak częste. Czy mozna mieć do niego o to pretensje? Nie potrafię tego rozstrzygnąć. Wydaje mi się, że w środowisku dziennikarskim tego typu relacji jest bardzo wiele i inaczej w pewnym sensie być nie może. Inną sprawą jest to, jak i kto te relacje rozgrywa. Czy Aleksander L. faktycznie coś wie na temat zbrodni na ks. J. Popiełuszce? Myślę, że nie łatwo byłoby mu to udowodnić procesowo, a jeśli faktycznie coś ważnego wie, to jestem pewien, że nie ma siły, która by go zmusiła do ujawnienia tych faktów.

    Pozdrawiam
    PS proszę na wszelki wypadek używać w komentarzach Aleksander L., ponieważ nie chciałbym mieć zablokowanej możliwości dalszego pisania o tym procesie. Może dmucham na zimne, ale mam pewne doswiadczenia, niemiłe, w tego typu kwestiach. To absolutnie nie pretensja - to prośba.
  • @ander
    OK nie ma sprawy choć ten L. był od kilku lat pisany w mediach pełnym nazwiskiem.
  • @ Wszyscy
    .
    W takich przypadkach technika jest taka, że obaj oskarżeni są sądzeni, co jednak jest
    użyte do zaszkodzenia tylko jednemu z nich.

    Myślę że główny powód szykan wobec Sumlińskiego, to jego wyświetlanie kulisów
    zamordowania ks. Jerzego Popiełuszki. Gdzie między innymi, Sumliński wydobywa
    na światło dzienne takie fakty, jak np. dwa śmiertelne „zatrucia się” alkoholem metylowym,
    w szpitalu, osób uparcie poszukujących prawdziwych sprawców.

    Jeżeli tajne służby (bo kto inny, a one nie interesowały się tymi „zatruciami”) wysyłają takie twarde ostrzeżenie przed głębszym interesowaniem się sprawą ks. Jerzego, to niejako tłumaczy los Sumlińskiego. Oczywiście służby nie chcą zwracać uwagi, na
    sprawę ks. Jerzego, zatem znajduje się inny, szyty grubymi nićmi powód.

    Reszta jest (niestety) w rękach sądów które coraz lepiej poznajemy.
  • @Multimir
    To bardzo prawdopodobne, że sprawa ta ma głęboki związek ze śmiercią ks. Jerzego, choć być może służby, lub też byli pracownicy służb prl, chcieli tu jakby upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.

    Może być jeszcze i tak, że sprawa próby skompromitowania Komisji Weryfikacyjnej WSI również miała z tym bardziej bezpośredni związek, choć musiałbym się tu posuwać do zbyt daleko idących przypuszczeń - mam na myśli pracę Komisji Weryfikacyjnej, która być może sięgała za głęboko w swoich badaniach przeszłości niektórych funkcjonariuszy WSI.

    Pozdrawiam

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

ULUBIENI AUTORZY

więcej